Wystartowałem do życia, lak każdy,
Nocą, czy świtem — nie wtem.
Szukałem losu w gwiazdach
I w śpiewie.
Wystartowałem do życia, jak wielu,
W chałupie krzywej, pod strzechą,
Piekłem kartofle w popiele,
Grało mi echo.
I gwiazd nie zdjąłem z nieba,
Choć wypłynąłem na głębię…
Ostatnim kawałkiem chleba
Karmiłem gołębie.
Słowa moje są proste,
Jak snop ten żytni w polu:
Wybrałem z nich sporysz i osty,
Nie mogłem wybrać bólu…
Zawsze bywałem bezdomny,
A dusza moja się śmiała…
Wiersze moje są skromne,
Jakby brzoza płakała.
Nie jestem drugi czy pierwszy,
Któremu słońce świeci,
A chcę, by w moich wierszach
Był uśmiech dzieci.
Ja chcę, by w moich wierszach
Był uśmiech Matki.
Ja chcę, by pieśń ł druga i pierwsza
Była opłatkiem.
Spala mnie jakiś ogień,
Pierś rwą mi jakieś żale…
Idę w ostatnią drogę —
Do swego Jeruzalem…